Dzień 9 – Búðardalur -> Glaumbær -> Akureyri -> Góðafoss -> Mývatn -> Reykjahlíð, 402 km

Rano bardzo wiało. Na szczęście nie padało, a śniadanie mogłem spokojnie zjeść osłonięty wysokimi żywopłotami, które w bardzo ciekawy – „ślimakowy” – sposób były tam posadzone.

Szybkie śniadanie

Tuż po godzinie 10 byłem na motocyklu. Wróciłem na drogę „59”. Niestety po kilku kilometrach skończył się asfalt i zaczął nienajlepszej jakości szuter. Do tego w nocy chyba tu padało bo zrobiło się również błotniście. Sporadycznie mijały mnie samochody, za którymi ciągnęła się ściana pyłu błotnego. Przez kilkadziesiąt kilometrów musiałem jechać w pełnym skupieniu.

Śliski, błotnisty szuterek od rana

Kiedy dojechałem do „1” skręciłem na stację benzynową, aby zatankować i trochę odpocząć. Niestety byłem cały w błocie. Musiałem zdjąć z siebie kurtkę i spodnie przeciwdeszczowe ponieważ spływała ze mnie brązowa maź. Na stacji spędziłem trochę więcej czasu, napiłem się kawy, zjadłem ciacho. Były tam też stoiska z suwenirami więc postanowiłem dokupić trochę pamiątek. W oko wpadły mi miniaturowe albumy Islandii oraz fajne wełniane skarpety. Miałem też chwilę na napisanie kolejnych kartek pocztowych. Tak tak wysyłam jeszcze kartki pocztowe z wyjazdów, a Wy? Też to robicie?

Glaumbær

W planie, miałem przejechać wzdłuż wybrzeża dwa półwyspy. Niestety od oceanu bardzo wiało i postanowiłem odpuścić. Skierowałem się prosto do Glaumbær, gdzie znajduje się jedna z najlepiej zachowanych islandzkich farm. Podjeżdżając zauważyłem, że pod kościołem znajduje się sporej wielkości parking i tam też się zatrzymałem.

Farma w Glaumbær

Domy z torfu

Wszedłem do kościoła. Jest dość ascetyczny. Chwilę można pooglądać holenderskie malowidła. Farma jest na pewno o wiele ciekawsza. Budynki mają ściany wykonane z torfu, a na dachach rośnie trawa. Wewnątrz, pomieszczenia zostały tak przygotowane, aby pokazać jak się żyło w tamtych czasach. Jak się okazało, cała farma to muzeum, a ponieważ ja wszedłem przez furtkę od strony kościoła, to nie zapłaciłem za bilet.

Do następnej miejscowości – Akureyri – miałem niewiele ponad 120 km. Jest ona uważana za stolicę północnej Islandii. Faktycznie jak na tutejsze warunki, jest sporym miastem, z ładną starówką, ciekawym kościołem i portem.

Kościół w Akureyri

Na początku podjechałem na wzgórze pod sam kościół Akureyrarkirkja. Niestety, pomimo, że była dopiero godzina 15, kościół był zamknięty. Tym niemniej warto tu podjechać lub podejść, (od centrum to zaledwie 200 m), aby zobaczyć panoramę miasta. Jak się później okazało jeszcze lepsza jest po przeciwnej stronie najdłuższego islandzkiego fiordu – Eyjafjordur.

Deptak w Akureyri

Nie pozostało mi nic innego jak zjechać na deptak i zaraz na jego początku zaparkować motocykl. Dalej przeszedłem się przepiękną uliczką, na której końcu znajduje się słynna cukiernia i kawiarnia. Nie mogłem się powstrzymać, aby nie napić się wybornej kawy i zjeść ciasto. Kupiłem też świeże pieczywo na kolejny dzień. Obiad zaplanowałem zjeść trochę później.

Wsiadłem na motocykl i wyjechałem z Akureyri. Po drugiej stronie fiordu, droga pnie się ostro do góry. Akurat wyszło słońce i oświetliło miasto, a ja właśnie mijałem parking więc postanowiłem zjechać. Ponieważ była już prawie 16, zacząłem przygotowywać sobie obiad. Tego dnia wypadł kurczak tikka masala – przesmaczne danie. Na koniec kawa i pączek, który kupiłem w piekarni.

Deser po obiedzie

Obok mnie zatrzymało się małżeństwo z Niemiec. Mieliśmy okazję porozmawiać chwilę. Oni również przemierzali Islandię „dookoła” tylko w przeciwnym kierunku. Dowiedziałem się, że północ Islandii jest równie piękna oraz co ważne jest tam zdecydowanie mniej turystów.  Cóż, ja uprzedziłem ich, że właśnie zbliżają się do Złotego Kręgu z setkami samochodów i autokarów oraz tysiącami turystów.

Widok na Akureyri

Kiedy ruszyłem zauważyłem, że zaczyna mi szwankować ładowanie telefonu. Coś przerywało. Podejrzewałem, że styki między mocowaniem, a tankbakiem zaśniedziały. Na następnym parkingu okazało się, że to trochę poważniejsza awaria. Styk działał w ten sposób, że jak zakładałem tankback na podstawkę, zamocowaną na wlewie paliwa, to magnes powinien przyciągnąć styki i zamknąć obwód, aby można było uruchomić ładowanie. Niestety coś było z nim nie tak. Na szczęście miałem jeszcze dodatkowe gniazdo USB i przeprowadziłem kabel, aby ładować telefon i baterie. Już po powrocie do Polski, okazało się, że musiałem przeczyścić cały magnes, na nowo go zamontować i przykleić aby załączał obwód. Wymagało to jednak rozebrania go na części, montażu całego tankbacku, kabli, sprężynek i niezliczonej ilości plastikowych części.

Do wodospadu Góðafoss było około 60 km. Dojechałem do niego po około godzinie. Zrobiło się bardzo zimno. Podczas tej wyprawy bardzo często powtarzała się sytuacja, kiedy to w jednym fiordzie było pochmurnie, ba nawet padał deszcz to już po przejechaniu do następnego można było zobaczyć słońce i piękną pogodę. W tym przypadku, kiedy pokonałem wyżynę, wjechałem w przelotny deszcz.

Góðafoss – Wodospad Bogów

Góðafoss – Wodospad Bogów – jest o tyle ciekawy, że można bez problemu podejść do samego progu. Tylko nasza roztropność i uwaga może powstrzymać nas przed  błędem i niepotrzebnym ryzykiem. Jeżeli pokona się strach, śliskie skały i trochę błota to można poczuć nie tylko ścianę „pyłu wodnego” ale również poczuć całym ciałem z jaką siłą woda uderza w skały.

Z Wodospadem Bogów wiąże się również jedno z najważniejszych wydarzeń Islandii, a mianowicie przejściu z pogaństwa na chrześcijaństwo, co miało miejsce w roku 1000. Jak głoszą legendy, naczelnik okręgu pozbył się pogańskich bogów wrzucając ich posągi do wodospadu czyniąc symboliczny akt nawrócenia. Historię tę można zobaczyć na rycinie i ilustracjach oraz przeczytać na tablicy informacyjnej tuż przy wodospadzie. Ciekawostką jest, to że jeden z witraży w oknie katedry w Akureyri przedstawia to wydarzenie. Warto o tym pamiętać, kiedy będzie się zwiedzać kościół, o ile będzie otwarty.

Planując trasę, nie miałem dokładnie wybranego kempingu na najbliższy nocleg. Zaznaczyłem sobie trzy miejsca, które położone są w okolicach Jeziora Mývatn. A ponieważ mieliśmy „zaoszczędzony” jeden dodatkowy dzień. Pamiętacie, ominąłem jeden półwysep oraz któregoś dnia przejechałem sporo więcej niż zaplanowałem. Oznaczało to, że w tym rejonie, możemy zostać dwa dni, a to się dobrze składało ponieważ jest tam całe mnóstwo niesamowitych atrakcji.

“Taras widokowy” na kempingu

Warto było więc wybrać fajny kemping. Zadzwoniłem do Adama i umówiliśmy się, że każdy z nas zobaczy po drodze jakie są opcje. Ten kto znajdzie super miejsce dzwoni. Pierwszy kemping odpadł od razu. Mały, dwa namioty, przy jakiejś hali sportowej.

Widok z namiotu

Natomiast drugi, HLÍÐ FERÐAÞJÓNUSTA (www.myvatnhotel.is), zaraz przy miejscowości Reykjahlíð, okazał się strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Duża kuchnia i jadalnia, bardzo dobry węzeł sanitarny, niedaleko miejscowości ze sklepami, ale przede wszystkim z niespotykanymi nigdzie indziej miejscami na namioty. Otóż miejsce gdzie można było się rozbić stanowiły trzy tarasy. Wybrałem ten najwyższy, z którego rozpościerał się przepiękny widok nie tylko na Jezioro Mývatn ale również na pola magmy, a na północy, w odległości prawie 6 km olbrzymi krater Hverfjall.

Jezioro Mývatn

Tego wieczora mieliśmy kolejny raz możliwość zobaczenia niesamowitego zachodu słońca. Po kolacji, jeszcze sporo czasu siedzieliśmy w jadalni rozmawiając o planach na najbliższe dwa dni. Nie powiem, żeby łatwo było dostać się do namiotu tego wieczora, szczególnie, że był na najwyższym tarasie.

 

Olbrzymi krater Hverfjall

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.