Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /autoinstalator/wordpress5/wp-content/plugins/qtranslate-x/qtranslate_frontend.php on line 497

Warning: Parameter 2 to qtranxf_postsFilter() expected to be a reference, value given in /autoinstalator/wordpress5/wp-includes/class-wp-hook.php on line 286

Warning: Parameter 2 to qtranxf_postsFilter() expected to be a reference, value given in /autoinstalator/wordpress5/wp-includes/class-wp-hook.php on line 286

Warning: Parameter 2 to qtranxf_postsFilter() expected to be a reference, value given in /autoinstalator/wordpress5/wp-includes/class-wp-hook.php on line 286
Dzień 11 - Mývatn -> Vopnafjörður - > Wodopospad -> Przełęcz Hellisheiði -> Seyðisfjörður 300 km - Travel & Adventure Blog | MakeRideEasy

Dzień 11 – Mývatn -> Vopnafjörður – > Wodopospad -> Przełęcz Hellisheiði -> Seyðisfjörður 300 km

To był ostatni dzień podróży po Islandii. Przede mną niewiele ponad 300 km. Nic nie zapowiadało ciężkiej przeprawy przez Przełęcz Hellisheidi, tym bardziej, że pogoda z godziny na godzinę poprawiała się. Po przejechaniu ponad 100 km na wschód zjechałem z „jedynki” i wjechałem na 85 w kierunku północnym. Po kilkudziesięciu kilometrach dotarłem do Vopnafjörður.

To niewielka miejscowość rybacka. Faktycznie trafiłem na pustkowie, gdzie turyści raczej nie przyjeżdżają. Ponieważ trochę zmarzłem, zatrzymałem się przy supermarkecie bardziej, aby sprawdzić mapę i znaleźć jakąś stację benzynową niż robić zakupy. Okazało się jednak, że w sklepie jest serwowana darmowa kawa, jest mały stolik przy kaloryferze. Grzechem było nie skorzystać. Stacja benzynowa była kilkaset metrów dalej. A ponieważ czekała mnie przeprawa przez przełęcz, gdzie na pewno nie było żadnej miejscowości ani tym bardziej stacji postanowiłem uzupełnić bak. Zresztą na stacji też wzbudziłem zainteresowanie ekspedientki i pytanie skąd się tu wziąłem, czy przypadkiem nie zabłądziłem. Tak się nam fajnie rozmawiało, że zamówiłem jeszcze herbatę i hot doga, obowiązkowo ze smażoną cebulą.

Przejechawszy sporą zatokę z naprawdę fajnymi widokami dotarłem do wodospadu. Gdyby nie fakt, że zaznaczyłem go sobie na GPS’ie to zapewne bym go minął, ponieważ jest nieco „schowany”. Motocykl trzeba było zostawić na niewielkim parkingu i pieszo zejść kilkadziesiąt metrów. Warto. Choć w porównaniu do Dettifoss, ten to prawdziwe maleństwo ale za to widok fajny również na Morze Islandzkie.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej znowu postanowiłem zatrzymać się ponieważ widok z klifu zapierał dech w piersiach.

Jak się okazało napotkałem tutaj owce. Wydaje się, że są wyjątkowo oswojone i bardzo ciekawskie. Dalej było już tylko stromiej, wyżej, droga bardziej kręta, skończył się asfalt, zaczęły się kamienie i wjazd na Przełęcz Hellisheiði.

Żarty się skończyły. Od strony zachodniej wjazd był trudny ale pogoda była prawie idealna, niestety kiedy byłem mniej więcej w połowie wjazdu zaczęła się diametralnie zmieniać. Najpierw pojawiła się mgła. Widoczność spadła do kilku metrów. Nawet nie wiem, w którym momencie minąłem przełęcz. Po drugiej stronie mgły już nie było, co nie dziwi ponieważ tak mocno wiało, że bałem się abym nie został zdmuchnięty. W pewnym momencie, już zjeżdżając z przełęczy dostrzegłem samochód, który piął się w górę. Że też akurat teraz! Ponieważ droga była stroma, do tego wąska, szutrowa, ze sporą ilością dużych kamieni oraz nie zabezpieczona barierkami, nawet nie próbowałem ryzykować minięcia się z tym samochodem. Podjechanie do krawędzi było nazbyt ryzykowne. Nie zastanawiając się długo, zjechałem na lewą stronę, przykleiłem się do ściany i zatrzymałem motocykl. Samochód powoli minął mnie po prawej stronie. Ostrożnie ruszyłem w dół. Mniej więcej w połowie zjazdu przestało padać, wyjechałem z chmur, a przede mną roztoczył się przepiękny widok.

Od tego momentu droga była już łatwiejsza. Choć wiało to nie tak mocno jak na przełęczy. Zjechałem na pobocze, aby zrobić kilka fajnych fotek i podziwiać widoki. Musiałem też trochę ochłonąć. Pewną nagrodą były tego popołudnia tęcze, które mnie „goniły”. Co spoglądnąłem w lusterka pojawiała się kolejna, a ja zatrzymywałem się, aby cyknąć fotkę.

Po powrocie na „jedynkę” od razu postanowiłem zatrzymać się na parkingu i zjeść późny obiad. Zaraz po wjechaniu na asfalt nadarzyła się okazja ponieważ przejechałem rzekę z ciekawym mostem, a tuż obok był fajny parking. Kiedy zjeżdżałem był pusty. Kilka metrów niżej znajdował się duży, drewniany stół. Przede mną roztaczał się widok na strome zbocza doliny rzeki i ciekawy most, którym przed chwilą przejeżdżałem.

Przygotowanie obiadu i „deseru” opanowane miałem do perfekcji. Za jednym razem przyniosłem wszystkie potrzebne rzeczy. Odpaliłem właśnie kuchenkę kiedy  do stolika podeszło młode małżeństwo, również podróżujące po Islandii motocyklem. Od razu zaczęliśmy rozmawiać, najpierw o ogólnych wrażeniach aby po kilku minutach pokazywać sobie  szczegóły trasy na mapie. Zresztą oni też przebyli podobną trasę więc było wiele opowiadania.

Jak to w takich momentach bywa, każdy trochę podpatrywał z jakiego sprzętu korzystamy. Jak przygotowujemy posiłek. Cóż w końcu robiliśmy to na jednym wspólnym stole. W moim przypadku sprawa była prosta. W ciągu 3 minut zagotowałem wodę. Następnie zalałem wrzątkiem liofilizowany posiłek i odstawiłem na 10 minut. Przygotowałem jeszcze herbatę z miodem i kawę na deser. W tym czasie młode małżeństwo rozłożyło dobrze wyposażoną kuchnię, makarony, mięso, warzywa i … okazało się, że nie mają wody. Cóż zejście do rzeczki było w tym miejscu niemożliwe, a ja miałem jeszcze spory (jak dla mnie zapas) więc poratowałem ich. Zawsze wożę 1,5 litrową butelkę wody oraz bidon 0,75 l jako dodatkowy, awaryjny zapas. Oddałem więc te 1,5 litra i rozpoczęło się pichcenie oraz dalsze opowieści, tym razem o tym co kto robi w życiu poza jeżdżeniem.

Mniej więcej po godzinie postanowiłem się ewakuować. Zebrałem wszystkie rzeczy i właśnie podchodziłem do motocykla kiedy na parking wjechał motocykl z dwoma osobami. Buzie uśmiechnięte, Polacy, po chwili już rozmawiamy i ich przygodach. Przyznacie, że widok dwóch facetów na jednym motocyklu w podróży po Islandii wzbudza ciekawość. Niestety nie pamiętam imion, ale pierwszy z kolegów, kiedy zsiadł z motocykla, podszedł do mnie zaczął swoją  relację od tego jak zaraz po przyjeździe na Islandię, zjeżdżając drogą szutrową zarzuciło go i uderzył w olbrzymi kamień. Wyrzuciło go z motocykla, był poobijany, poprzecierana kurtka i spodnie, porysowany kask ale cały. Niestety motocykl nie nadawał się już do jazdy. Kolega pokazał mi zdjęcia z tamtego miejsca i kamień, na którym się zatrzymał. Motocykl wrócił na lawecie do Reykjawiku, a on z przyjacielem przepakowali się, (dostał jeden kufer) i podróżowali dalej we dwójkę ale już tylko po asfalcie. I tak minęła kolejna godzina na parkingu.

Po kilkudziesięciu kilometrach zamknąłem „Islandzki ring”. Aby dojechać do Seyðisfjörður trzeba wspiąć się na przełęcz. Kiedy wyjeżdżaliśmy pierwszego dnia pogoda nie rozpieszczała. Teraz, choć było późne popołudnie to słońce było dość wysoko i widok na dolinę rzeczki warty był uwiecznienia.

Później czekał nas bardzo przyjemny, pełen serpentyn zjazd  do Seyðisfjörður, miejscowości portowej z kempingiem w centrum. Asfalt czysty i suchy, winkle ciekawe, niektóre takie prawie z nawrotką  więc przyjemnie było pokonać te ostatnie kilometry na Islandii. Nawet kufry, namiot i torba jakoś nie ciążyły.

Na kempingu byłem przed 17:00. To idealna pora, aby jeszcze bez problemu znaleźć miejsce pod namiot. Kemping jest sporej wielkości, ale w przeddzień wypłynięcia promu zjeżdżają się turyści. Szybko rozbiłem namiot, załatwiłem formalności i płatność w recepcji. Chciałem jeszcze przejść się spacerem po tej miejscowości. Jest ona o tyle ciekawa, że ma niesamowicie piękne i zadbane domki.

Miałem dużo szczęścia, bo kościół, który zazwyczaj jest zamknięty został otwarty dla turystów z USA, którzy przypłynęli tego dnia innym promem. Wnętrze dość ascetyczne ale na pewno warte oglądnięcia. Udało mi się akurat wejść na ostatnie minuty koncertu pieśni kościelnych.

Na koniec nie pozostało mi nic innego jak zafundować sobie dobrą kolację w Nordic Restaurant i zamówić doskonałe piwo Tuborg Classic lub jeszcze lepiej Kaldi Blonde z lokalnego minibrowaru.

Kiedy wróciłem na kemping zobaczyłem, że dookoła jest pełno namiotów. Zjechali się chyba wszyscy, którzy tak jak my mieli następnego dnia rano wjechać na prom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.